O autorze
Instagram

Sklep Internetowy NoszeBiustonosze.pl





RSS
sobota, 27 listopada 2010

 

Określił on bowiem niegdyś trzy ideały piękna:

kobietę w tańcu, konia w galopie i fregatę pod pełnymi żaglami.

Gdyby żył w dzisiejszych czasach, ideałów tych byłoby zapewne cztery, ponieważ z pewnością dodałby do nich psa w biegu...


Nie samym stanikiem właścicielka netowego sklepu z bielizną żyje. Wekend. Czas na relaks. Dziś od rana relaksowałam się i wdychałam pełną (odzianą w dobrze dobrany stanik ;) piersią leśne powietrze w Okrągłem pod Biłgorajem, gdzie obserwowałam II Ogólnopolskie Otwarte Wyścigi Psich Zaprzęgów.

Trochę zmarzłam, bo od 9-ej padał śnieg, ale było warto trochę zasmakować zimy, bo główni bohaterowie całego zamieszania czuli się w tych warunkach doskonale :))

Wielkie uznanie dla Jacka Kruczonia, człowieka o wielkiej pasji, który zaraził nią kilka osób stąd i wymyślił sobie w ubiegłym roku, że zorganizuje takie zawody pod Biłgorajem. Te tegoroczne są już bardziej profesjonalne, a przyszłoroczne z pewnością będą jeszcze bardziej ciekawsze i oblegane przez większą liczbę obserwatorów, czego mu ( i jego przyjaciołom) gorąco życzę.


 

Pewna Ślicznotka, słysząc, jak inni się dobrze bawią, była pogrążona w wielkim smutku:


Jednak wystarczyło założyć jej uprząż i krzyknąć "go!", by wyśmienity humor powrócił :


Jak bywa na imprezach zbiorowych, jedni się udzielali towarzysko:


Indywidualiści trzymali się na uboczu i udawali, że w ogóle nie bierze ich ta zabawa:

Ambitni zaś, tak jak mój faworyt (brat smutnej Ślicznotki, którą jutro wypytam o prawdziwe imię) nie mogli doczekać się swojej kolejki i popędzali wzrokiem i głosem ociągających się ludzi-partnerów:

Inni z kolei, tak jak nasza zaprzyjaźniona pani weterynarz - Sylwia Buszkowska-Znak, byli w pracy :


Do domu wróciłam, jak na prawdziwego maszera przystało - na piechotę (co to jest, te głupie kilka kilometrów) z mocnym postanowieniem, że jadę na miesiąc do siostry i pogadam na poważnie z jej "hasiorami", jak mawia sama pieszczotliwie o swoim malamucie i husky'ym :)

Jutro drugi dzień zawodów oraz ogłoszenie wyników, mam nadzieję, że wyrobię się ze wszystkim przed czekającą mnie kolejną sesją foto (jesli modelka dotrze do Biłgoraja przez te zasypane śniegiem lasy).

piątek, 26 listopada 2010

oglądając się wsteeecz..." nucę od rana  w duecie z Panem M.


Sentymentalna jestem, toteż jak powietrza potrzebuję retrospekcji. Kolekcjonuję chwile. I złe, i dobre. To nadaje treść mojemu życiu. Bo prawda, że ważne jest, co przede mną, ale co za mną - nie mniej ważne.

Tyle tytułem wstępu :)


Zanim się obejrzałam – całkiem niedawno minął mój rok „na swoim”.  Nie robiłam z tej okazji żadnej imprezy ani fety, ponieważ z perspektywy czasu patrząc – doszłam do wniosku, że największym sukcesem jest to, że wciąż jestem. Płacę skrupulatnie składki ZUS, odprowadzam podatki i przestałam obdarzać swoim zainteresowaniem portale z ofertami pracy. Swoje to swoje, a  jak mawiała moja Babcia „małą łyżeczką też można się najeść”.

Przez ten czas nabrałam trochę doświadczenia, dziś mogę śmiało wydać poradnik pt. „Jak nie zakładać sklepu internetowego i nie porywać się z motyką na słońce”. Wiem już bowiem, na co należy zwrócić szczególną uwagę przy zamawianiu oprogramowania sklepu, co jest przydatne, a co można pominąć. Przy czym trzeba  się uprzeć i wiercić informatykowi w brzuchu  dziurę, żeby nie wiem jak się wywijał i „roztłumaczał”, że nie ma sensu, że tego nie trzeba. Dziś wiem już także, ile trzeba poświęcić czasu na to, by towar podać w tym wirtualnym straganiku tak, by ktoś chciał go w ogóle obejrzeć, a co dopiero - kupić. Oprócz tego  - trzeba potrafić coś składnie i sensownie doradzić, bo dziś klientka oczekuje dogłębnej wiedzy nie tylko o towarze, ale także o dopasowaniu. Śledzić fora, blogi, poszerzać wiedzę i horyzonty :) Pozycjonować stronę. Działać w lokalnych społecznościach, by biznes był zauważalny.

Trzeba też odbyć przyspieszony kurs księgowości. To, że biuro rachunkowe prowadzi dokumentację nie oznacza wcale, że odpowiada personalnie za jej treść, szczególnie tą stricte rozliczeniową. Do tego pilnowanie terminów              (należności i zobowiązania).  No i oczywiście trzeba koniecznie znaleźć czas i siłę na obsługę realnych klientek – zarówno tych, które nas nawiedzają, jak i tych, które zapraszają ;) (klientkom się nie odmawia - przykazanie numer JEDEN).

Odnośnie dzielenia się wiedzą i doradzania... Szczególnie w drugim półroczu swojej działalności, byłam kilka razy nagabywana przez potencjalne właścicielki sklepów internetowych. Różnie motywowały swoje prośby o wskazówki i  pomoc. I, o ile maile utrzymane w tonie grzecznej, nienatarczywej  prośby o radę nie pozostawały nigdy bez mojej odpowiedzi i wskazówek, to zdarzyło mi się też dwa razy odmówić. W pierwszym przypadku otrzymałam maila, gdzie pani pisała „bo w pani sklepie widzę starsze modele”, zaś w drugim inna pytała wprost „Czy może podać pani ceny bielizny, ponieważ dystrybutor nie chce mi ich udostępnić przed podpisaniem umowy o współpracy?”. Cóż, nie kryję, że, choć jestem z natury cierpliwa, to zbyt bezpośredni sposób bycia wciąż mnie zaskakuje. A potem szybko wkurza.  I takim osobom nie mam zamiaru tłumaczyć, że model „starszy” (czytaj – nie pochodzący z aktualnej kolekcji) nie zawsze oznacza „gorszy”, zaś cenniki są objęte tajemnicą handlową i średni mam interes w tym, by łamać ją dla kogoś, kto podpisuje się tylko imieniem i chce pozostać anonimowy.

Ok. Ulżyłam sobie, wracam do meritum, czyli do mojego dzisiejszego status quo.

Doszłam do wniosku, że po roku może w końcu dostałabym jakiś fajny limit kredytowy w koncie firmowym, a nie takie śmieszne, symboliczne  „coś”. Przedreptałam okoliczne biłgorajskie banki.

Dziś mogę pokusić się już o napisanie kolejnego  poradnika.  „Konto dla młodej firmy. Jak zniechęcić klienta” ;) Czy ktoś da wiarę, że z pięciu banków, tylko w JEDNYM otrzymałam kompleksowo i kompetentnie podany pakiet informacji? Wyszłam stamtąd z teczuszką, zawierającą materiały, które były mi  najbardziej przydatne, a do tego wizytówkę pani doradcy, gdybym miała dodatkowe pytania czy wątpliwości. Dodam więcej – tylko w tym banku pani miała na sobie elegancką bluzkę, firmową apaszkę,  identyfikator i…fajny biust, który (mam nadzieję) może do mnie trafi i (mam jeszcze większą nadzieję) tego nie pożałuje :))

Z niechęcią wspominam bank, gdzie pani ekspert (okropnie dobrany stanik, okropnie!) odprawiła mnie z kwitkiem po niecałej minucie, patrząc z  niechęcią na mnie - petentkę, która zakłóca błogą ciszę w oddziale.  Z ulgą wychodziłam stamtąd myśląc sobie mściwie „no, to pomykaj sobie  w tym rozwleczonym staniorze, który nic Ci nie robi, duszko. Mogłabym Ci pomóc, ale jakoś nie mam motywacji. Ostań w pokoju Ty i mocno nadwyrężone więzadła Coopera Twoje.” Niech będzie, że jestem wredna. Jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie, pf.

Z kolei w innym przybytku bankowości pani doradca była przesympatyczna (stanik dobrany na solidne 4). Szybko nawiązałyśmy nić porozumienia i po kilku minutach rozmawiałyśmy jak stare znajome. Co z tego, kiedy bank znany jest ze swojego „poPRL-owskiego” podejścia do klienta i wszystko da się o nim powiedzieć, ale nie to, że jest elastyczny i "robi na rękę" klientowi.  Na pożegnanie pani dostała wizytówkę oraz zaproszenie na kawę. Z wkładką, bo wygląda na swoją kobitkę ;)

Wracając do dobrych obyczajów w bra-biznesie. Niedawno jeden ze sklepów zapytał, czy nie mam nic przeciw, by i on także sprowadził do siebie zapachy do szafy od wielbionej przeze mnie Beaty Norbert. Rozczuliłam się… Przecież to jest oczywiste, że ten sklep nie musiał mnie pytać o zgodę. Mamy wolny kraj, wolny rynek przecie!

Ale w interesach istnieje także stara szkoła savoir-vivru. Niemodna, nieopłacalna,  dla niektórych niedorzeczna i śmieszna.

Ja jednak jestem jej wielką zwolenniczką i entuzjastką. I coś mi się wydaje, że ten sklep też :) Pozdrawiam serdecznie sklep i trzymam kciuki za rozwój w pożądanym kierunku (ponoć jestem tam czytywana nawet :).


A jutro będę się relaksować po pracowitym tygodniu w pewnych dość nietypowych okolicznościach.

Jeśli nie zostanę pożarta przez dzikie, pierwotne bestie, to wrzucę tutaj „ku pamięci” parę fotek.

niedziela, 21 listopada 2010

Pozwalam sobie na "tykanie" panu Karolakowi, ponieważ to mój rówieśnik jest (ok, będę uczciwa - młodszy o 8 miesięcy ;).

Tak więc Tomasz, jako kucharz, bardzo mi posmakował. I w zasadzie to chyba były najfajniejsze ujęcia w całym filmie, te w kuchni. Uwielbiam patrzeć jak facet szarogęsi się w tym pomieszczeniu, od wiek wieków w naszej kulturze zawłaszczonym przez kobiety. Na dokładkę - szarogęsi się ŚWIADOMIE.

Dużo dobrego jedzenia na ekranie spowodowało, że zaczęło mi z miejsca burczeć w brzuchu i z lekkim roztargnieniem obserwowałam, kiedy w przerwach pomiędzy poszczególnymi sesjami kulinarnymi główny bohater, Piotr, miotany nagłym i namiętnym uczuciem do niejakiej Marty (Socha, ale nie Agnieszka, tylko Małgorzata;) wikła się w coraz to nowe, zabawne sytuacje. Aha, nie mogę przecież zapomnieć o Piotrze Adamczyku grającym przyjaciela głównego bohatera. Łatka "papieska" dość mocno się do niego przyczepiła w mojej podświadomości i owszem, na początku miałam wrażenie, że patrzę na papieża w wersji hawajskiej, ale Adamczyk świetnym aktorem jest i szybko mi przeszło na szczęście.


Jak łatwo się domyśleć - niedawno wróciłam z kina. Film "Śniadanie do łóżka", jak na lekką komedię przystało - oparty na prostej historyjce, momentami zabawny, sporo nieskomplikowanych, przyjacielskich, szczerych, męskich rozmów, czasem fajna muzyka (Fogg i Vondraczkova, Afromental - lekko zaskakujące, acz przyjemne zestawienie). Jak łatwo się domyśleć po raz kolejny - pognałam na seans, bo w tym filmie miała swój debiut na kinowym ekranie bielizna Masquerade.

Niestety, jestem zawiedziona, ponieważ bielizna była, oględnie mówiąc - dopasowana dość nieidealnie i nawet, jeśli mam być szczera, chyba jakąś nieapetyczną bułkę widziałam nad gorsetem. Się nie znam, być może to celowy zabieg był, jakiś celowy przekaz ( np. że zua kobieta nosi źle dobraną bieliznę)?

Po seansie, odczytując drobne literki napisów końcowych, śmigające raźno z góry na dół (tak, nie ukrywam, że chciałam na własne oczy zobaczyć napis "So Chic - dystrybutor bielizny Masquerade", w końcu z tą firmą mam do czynienia osobiście :) odkryłam z zaskoczeniem, że autorką scenariusza jest nikt inny, tylko sama Haniuta.

Bloga Haniuty czytywałam dawno temu, kiedy jeszcze nie słyszałam i nie śniłam o dobrym dopasowaniu stanika, i w ogóle nie podejrzewałam, ile czeka mnie w życiu zmian. I że będę miała własny, najwłaśniejszy sklep internetowy. A tu patrzcie - przyszłam dziś do kina dla rozrywki i dla bielizny, a spotkałam Haniutę i jej specyficzne poczucie humoru.

Czyżby historia zataczała koło (nie szukałam przecie Haniuty, sama mi wlazła przed oczy w tych napisach)? Choć określenie "koło" w stosunku do tego, co moja historia zatoczyła, to byłby zbyt prosty kształt chyba. Ona wstęgę Mobiusa zatoczyła. Która w zasadzie przypomina trochę swoim rysunkiem stanik  ;)

 
1 , 2 , 3