O autorze
Instagram

Sklep Internetowy NoszeBiustonosze.pl





RSS
wtorek, 16 lipca 2013

Wytrawne znawczynie polskiego rynku bieliźniarskiego domyślają się zapewne, o czym chcę dzisiaj napisać.

Rzecz będzie o konstrukcji brassiere marki Kris Line:

(brassiere Kelly pink)

 

Dzisiaj, po prawie czterech latach funkcjonowania Noszębiustonoszy, nie wyobrażam sobie, by brassierek nie było w mojej ofercie.

Dlaczego? Co jest aż tak szczególnego w tych stanikach? - zapytacie.

Spieszę więc z odpowiedzią:

Konstrukcja nazwana "brassiere" to zgrabny mix plandża, biustonosza bezszwowego i push-upa (dolna część miseczki jest lekko pogrubiana). Wszystkie te cechy łączy ona ze sobą przy jednoczesnym zachowaniu ozdobnego designu (najczęściej w części obwodu i ramiączek).

(brassiere Morena pink/black)



(brassiere Brillant coffee)

Jest to jeden z ulubionych modeli biustonoszy pań o drobniejszych biustach, ponieważ potrafi nawet z niewielkich piersi uformować regularne, pełne od góry kuleczki. Biust nie będzie nigdy w brassierce rozstawiony na boki, co więcej - stanik ten świetnie eksponuje go w bardziej wyciętych dekoltach. Materiał na miseczkach jest często udrapowany z przodu w trzy charakterystyczne, ukośne zakładki, które wzmagają "efekt 3D". Czytelniczki, które interesują się modą wiedzą zapewne, że wszelkie "podbiustne" marszczenia i drapowania sprzyjają optycznemu powiększeniu piersi. Wie to też i Kris Line :) 

(brassiere Irmina ecru)

(brassiere Aurelia silver/black)

Obwody w stanikach typu brassiere są przeważnie dość łagodne, niesznurkujące, dodatkowo wyposażone w czterostopniowe zapięcie i pionowe fiszbiny boczne. Miseczki pogrubione u dołu, jednak to pogrubienie nie jest tak łatwo wyczuwalne jak np. w stanikach z autonomicznymi, żelowymi wkładkami; tutaj mamy do czynienia z łagodnie wyprofilowannym wypełnieniem. Uwaga! Ważna informacja dla pań o wrażliwej skórze - miseczki wyściełane są materiałem zawierającym sporą domieszkę bawełny. 

 

Ramiączka - często ozdobione taśmami lub plecionkami, odpinane z przodu i z tyłu, wyposażone w kolorystycznie dobrane regulatory i zaczepy:

 

Stałą pozycję w kolekcji bazowej Kris Line zajmuje model Brillant brassiere (to ten na trzecim zdjęciu od góry; posiada on poza tym wersje kolorystyczne białą i czarną) produkowany w następującym zakresie rozmiarów:

65 B-C-D-DD-E-F-FF-G

70 A-B-C-D-DD-E-F-FF

75 A-B-C-D-DD-E-F

80 A-B-C-D-DD-E

85 A-B-C-D-DD

90 A-B-C-D

Rozmiarówki modeli fashion ulegają jednak korektom w obie strony. Niektóre są okrajane, jak na przykład te z serii limitowanych, ale taki model Kama (jesień/zima 2013/2014), w którym zakochałam się bezgranicznie od pierwszego wejrzenia, a którego spodziewam się na początku sierpnia - otrzyma dodatkowo obwód 60 przy miseczkach od B do H, 65-ki dostaną miseczkę GG, 70-ki G, 75-ki FF, 80-ki F, 85-ki E a 90-ki DD.

Nie chcę tu dywagować, czy zasadną jest miska 60H czy 65G. Doświadczenie nauczyło mnie, że z klientką się nie dyskutuje, można co najwyżej delikatnie sugerować wybór odpowiedniego modelu ;)

Aha, co do Kamy - dorzucę tu w sierpniu real-fotki, bo katalogowa nie oddaje według mnie całej urody tego stanika, który kojarzy mi się ze stylową filiżanką wykonaną z delikatnej porcelany...

 

A jak Wy oceniacie brassiere?

poniedziałek, 01 lipca 2013

Wszedł nieśmiało, widać było, że jest skłopotany. Jąkając się bardziej niż bardzo zapytał, czy nie znalazłabym dla niego u siebie jakieś pracy na 2-3 godziny.

- Wie pan, w zasadzie jestem samowystarczalna, nie mam pojęcia, co mogłabym panu zaproponowac, nawet mycie szyb odpada, bo są czyste.

- A czy w pobliżu ma swoją siedzibę jakieś stowarzyszenie polsko-niemieckie? szkoła polsko-niemiecka? placówka dyplomatyczna? Bo wie pani, bankomat zjadł mi kartę. A, że jest to karta z niemieckiego banku, a już jest po godzinie 16.00 - zostanie mi zwrócona dopiero jutro. W związku z tym nie mam za co kupić sobie nawet nic do jedzenia, nie mówiąc o wyjeździe z Biłgoraja.

Obejrzałam delikwenta od stóp do głów. Wyglądał wiarygodnie - wypastowane buty, uprasowana koszula, czysta kurtka, spodnie "na kant". "Człowiek w potrzebie!" zagdakała moja wewnętrzna kwoka. "A może to jakiś naciągacz? Trzeba go wylegitymować! Jeśli nie ucieknie, to z nim pogadamy" odparował rozsądek.

- Proszę wybaczyć mi moją dociekliwość, ale co pan robi w Biłgoraju? Nie ma pan poza tym tutaj znajomych, przyjaciół, rodziny?

- Pracuję w Niemczech, jestem stypendystą Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. W ramach rewanżu za otrzymane stypendium organizuję w całej Polsce wieczorki popularyzujące dorobek literacki Ernsta Wiecherta - niemieckiego pisarza urodzonego w Piersławku. Z tego powodu trafiłem do Biłgoraja, wczoraj spotkałem się z paniami z biblioteki miejskiej, obejrzałem salę, którą chciałbym wykorzystać do zorganizowania spotkania, oceniłem jej akustykę. Na początku maja przyjedziemy tu z montażem słowno-muzycznym - ja gram na skrzypcach, koleżanka na wiolonczeli.

I tak, od słowa do słowa, dowiedziałam się kilku rzeczy o tym młodym człowieku. Między innymi, że w dzieciństwie miał wypadek a skrzypce i gra na nich stanowiły dla niego coś w rodzaju terapii. Jest samoukiem, nigdy nie chodził do szkoły muzycznej. 

- Z tym moim jąkaniem też sprawa jest ciekawa. Jąkam się w zasadzie tylko wtedy, gdy jestem zdenerwowany. Od chwili, kiedy bankomat wciągnął mi kartę jąkam się więc cały czas. W jednej z biłgorajskich pizzerii właściciel, którego prosiłem o pracę zapytał mnie nawet, czy nie jestem pod wpływem narkotyków, ponieważ przez to nasilone jąkanie nie rozumiał nic z tego, co do niego mówiłem.

"Ech, co tam, trzeba wierzyć ludziom! Nie mam przecież rentgena w oczach!" - pomyślałam.

- Wie pan co, jestem skłonna panu pomóc, bo to, o czym pan mówi brzmi wiarygodnie. proszę jednak o jakiś dokument, ponieważ chciałabym formalnie potwierdzić pana tożsamość.

Młody osobnik bez chwili wahania wyjął dowód osobisty. Przyznaję, że nie był na zdjęciu zbyt do siebie podobny, no ale w końcu ja, wziąwszy pod uwagę moje podobieństwo do zdjęcia z mojego dowodu - absolutnie tam podobna do siebie też nie jestem (zdjęcie było robione jakieś 10kg temu, a moje włosy zmieniły kolor z bardzo jasnego blondu na ognistą paprykę :) Więc nie uznałam za wskazane dociekać, czemu to podobieństwo jakieś mikre. Zadowolił mnie fakt, że osobnik nie miał oporów przed wylegitymowaniem się.

Otrzymał ode mnie wizytówkę ("na pewno do pani się odezwę!") i sumkę, która pozwoliła mu coś zjeść i przenocować do rana w niegościnnym Biłgoraju. Na pożegnanie buchnął mnnie w mankiet, co utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że dobrze zrobiłam.

- Ech, ten naród biłgorajski...co za ludzie nieużyci... - skonkludowałam w zadumie, kiedy już zostałam sama.

 

Minęły cztery miesiące. Jak niektórzy z czytelników łatwo się domyślają - wieczorku Ernsta Wiecherta do tej pory w Biłgoraju nie było. Nikt do mnie nie zadzwonił, nie telegramował ani żadnego innego info, nawet za pośrednictwem tam-tamów - nie wysyłał.

Z przykrością zdałam sobie sprawę z tego, że najprawdopodobniej padłam  ofiarą wyłudzenia. Jak podają różne portale internetowe - istnieje szeroki wachlarz sposobów wyłudzeń: na wnuczka, na przedstawiciela handlowego, na wartościową biżuterię itd.

Jak określić rodzaj "mojego"? Na skrzypka ;)?

Wiem, wiem, niektórzy z Was pewnie pomyślą zaraz, że rozum mi odjęło, skoro śmieję się z tego, że ktoś "skubnął mnie na kaskę", że niczego mnie to spotkanie nie nauczyło.

No, ale co mam robić? Teraz, analizując całe zajście, żałuję, że nie zadałam kilku innych, prostych pytań pomocniczych, że nie umożliwiłam wykonania telefonu do przyjaciela itp.

Cóż...

Jednak uważam, że otrzymałam bardzo cenną lekcję. Dość kosztowną, ale przecież wszyscy wiemy, że nauka kosztuje ;)

Dzisiaj, kiedy zagląda do mnie ktoś zbierający pieniądze na jakiś mnniej lub bardziej szlachetny cel - odmawiam tak konsekwentnie, jak konsekwentnie kiedyś się dzieliłam.

Kilka razy zauważyłam już w trakcie takiej rozmowy zmianę nastawienia osoby, która prosiła o wsparcie. Dopóki nie była pewna, czy otrzyma datek - prezentowała postawę trochę wycofaną, ale pogodną. Po mojej odmowie otrzymałam już kilka zjadliwie rzuconych przez ramię "miłego dnia" a raz nawet podsumowanie "i tak NIGDY nie dała mi pani nawet złotówki".

I wiecie co? Dochodzę do bardzo smutnych wniosków.

Wygląda mi na to, że dla niektórych ludzi każdy sposób zdobycia pieniędzy jest dopuszczalny, że nie śmierdzą im absolutnie te zebrane w celu leczenia wyimaginowanej, chorej córki czy żony datki. Że patrzą mi prosto w oczy ze smutkiem i nadzieją, ale odchodzą już z nieukrywaną pogardą i nierzadko - z niegrzeczną odzywką.

"Przecież ta kobieta ma staniki po 150złotych, co to dla niej znaczy ta "dycha" czy dwie" - myślą zapewne.

A ja odmawiam. I odmawiać będę.

Przecież nie da się każdemu z osobna tłumaczyć, że rentgena nie mam w oczach, że był u mnie kiedyś taki skrzypek...

 

A jakie jest Wasze zdanie na ten temat?