O autorze








zBLOGowani.pl
RSS
niedziela, 22 października 2017

Chcecie bajki?

Oto bajka:

Była sobie raz królewna. Nie, nie pokochała grajka, tylko od długiego czasu rozglądała się za polskim straplesikiem (zwanym czasem przez niektóre kobiety z podległego jej ludu po prostu - bardotką).

Królewnie chodziło generalnie o to, by stanik był:

- dobry jakościowo,

- niedrogi,

- typu "totalna gładź", 

- formowany termicznie,

-lekki,

- bez push-upa,

- zapewniający biustowi dobre wsparcie,

- nadający piersiom okrągły kształt.

 

Reszta nie miała dla niej naprawdę żadnego znaczenia ;).

 

Niby łatwe zadanie, prawda?

Jednak, wierzcie mi, zadania tego królewna nie mogła porównać absolutnie do zjedzenia bułki z masłem. Raczej powiedziałabym, że, skoro trzymamy się tego obrazowego porównania -  każda bułka, za którą zazwyczaj zabierała się z apetytem, rozczarowywała ją już po dwóch-trzech pierwszych kęsach. A to biustonosz nadawał biustowi kształt niekoniecznie taki, jakiego oczekiwała, a to cenę postrzegała jako zbyt wysoką w stosunku to oferowanej przez producentów jakości (owszem, dzisiaj królewny też trzymają się za kieszeń i oglądają każdego talara z obu stron, zanim go wydadzą), to znów z kolei zaskakiwał ją kolor -  zupełnie inny niż w modelach pokazowych itd itp.

Czasem, wierząc w swojej naiwności, że ona - królewna maciupeńkiego państewka może cokolwiek komukolwiek sugerować - mailowała, dzwoniła, przekazywała do producentów biust-halterów swoje pobożne życzenia a także słała do nich opieczętowane listy przez odwiedzających ją kupców.

Oczywiście - jak grochem o ścianę ( grochem zaś mogła rzucać do woli, bowiem przestała na nim spać po drugiej 18-ce, czyli jakieś kilka lat wstecz).

Snuła więc często przed zaśnięciem swoje straplessowe marzenia. A rycerz na białym koniu, który by jej w końcu przywiózł taki stanik - wciąż mijał jej włości.

I tak mijały miesiące i lata.

Aż pewnego wiosennego poranka, kiedy na drzewach zaczęły nieśmiało pojawiać się pierwsze zielone liście a królewna zaczęła już tracić nadzieję, że spełnią się jej sny - u bram zamku pojawił się rycerz Sławko...cdn.

piątek, 20 października 2017

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, na jakim etapie swojego życia i pod wpływem jakich czynników kobieta przejawia zainteresowanie swoim biustem pod kątem zdrowotnym? Kiedy w jej głowie zaczyna pojawiać się myśl - czy moje piersi są zdrowe, czy wszystko z nimi jest ok?

Najczęściej jest to wiek dojrzały, czyli ok. 25+.

 

Kiedy byłam mała, czasem bawiłyśmy się z koleżankami „w dom". Gotowałyśmy pyszne potrawy na skleconych z klocków „kuchniach”, zmieniałyśmy lalkom-naszym „dzieciom” pieluchy. Oprócz tego robiłyśmy ogromne zakupy w „sklepach”, które często znajdowały się w korytarzu czy w innym pokoju, myłyśmy często podłogi (kiedyś, w ferworze tych porządków zapomniałyśmy o odkręconym w łazience kranie i zalałyśmy sąsiada z dołu) , odkurzałyśmy, prałyśmy, organizowałyśmy życie swoim „rodzinom” itp.

Moje dzieciństwo przypadało na lata 70-e, kiedy rola kobiety w rodzinie była dookreślona, przewidywalna, niemal schematyczna. Do tego dodajmy panujący w społeczeństwie, wszechobecny patriarchat i ślepe posłuszeństwo dzieci wobec starszych. Potomstwo miało spełniać pokładane w nim nadzieje – chłopcy  wyrosnąć na dzielnych, sprawnych, operatywnych mężczyzn, zapewniających byt swoim rodzinom a dziewczynki… No właśnie, tak jak na początku mojej notki.

Rozwody były skandalem, tego się nie praktykowało i mówiło się o takich przypadkach, szczególnie w obecności dzieci, głosem ściszonym do szeptu.

Dzisiaj, po niemal 40 latach, patrząc na zabawy dzieciaków moich sióstr, przyjaciółek, klientek dochodzę do wniosku, że na podstawie samej obserwacji potomstwa mogę powiedzieć wiele o jego rodzicach. I mam tu na myśli nie tylko podział obowiązków rodzinnych, ale też ich wzajemne relacje rodziców, ich stosunek do sąsiadów, koleżeństwa z pracy, zwierząt. Taki Urząd Miasta miałby ze mnie niezły pożytek, bo wiem na przykład, kto segreguje odpady a kto pali w piecu plastikowe butelki ;) . Wiem też, kto i w jaki sposób spędza wolny czas itp.; dzieci są świetnymi, wnikliwymi obserwatorami i jeszcze lepszymi naśladowcami.

Skąd u mnie takie refleksje?

Ano stąd, że zauważyłam, iż o wiele mniej dziewczynek bawi się teraz "w dom", więcej „pracuje w biurze” czy „wyjeżdża w podróże służbowe”. Te ostatnie zaś wracają zmęczone do domu, a „mąż” czasem zrobi im kawę czy poda smaczny obiad.

Jedno jednak się nie zmieniło – małe dziewczynki wciąż chcą szybko dorosnąć. Chodzą więc podczas zabawy w kobiecych butach, wyciągają z szaf najlepsze matczyne ciuchy i oczywiście – próbują malować się tak, jak dojrzałe panie.

I wiecie co mnie czasem smuci, gdy z uśmiechem przyglądam się tym beztroskim zabawom?

NIGDY nie widziałam, by którakolwiek dziewczynka bawiła się w samobadanie piersi. Owszem, bywa, że całują się ze swoimi „mężami” i mówią do dzieci – teraz nam nie przeszkadzaj, bo jak będziesz grzeczny, to dostaniesz od nas braciszka albo siostrzyczkę. Odwzorowań zachowań prozdrowotnych jednak nie zaobserwowałam :(.

A mnie marzą się takie zabawy "w dorosłych" :

 

Czy macie jakieś pomysły – w jaki sposób można „zaprogramować” małą dziewczynkę na  samobadanie piersi w przyszłości? Przekazać jej, że dorosłość = odpowiedzialność za własne zdrowie? Czy w ogóle istnieje lepszy, skuteczniejszy i bardziej zapadający w pamięć sposób niż przykład dany jej przez własną Mamę? 

Szanuję wszystkie prozdrowotne akcje październikowe, ich organizatorkom chwała i cześć bo to ogromna praca. Jednak czasem mam wrażenie, że wszyscy przypominają sobie o profilaktyce raka piersi tylko w tym miesiącu. Bo przecież "październik miesiącem walki z rakiem piersi".

A pozostałe 11 miesięcy? 

Proponuję więc pracę u podstaw. Zacznijmy od siebie. Wiele z nas nie robi tabu z nagości w domu, szczególnie jesli chodzi o topless. Niech więc nasze córki widzą nas jak najczęściej, gdy badamy sobie biust.

Przecież to takie proste.

Skoro nie chcą wziąć się za szeroko zakrojoną profilaktykę raka piersi/ nie mają na to pieniędzy/czasu/ochoty odpowiednie ministerstwa - weźmy zdrowie naszych biustów w ręce nasze i naszych córek*! 

 

Z październikowymi, ciepłymi pozdrowieniami

- Renulec

 

 

*Jeśli nie masz córki, to z pewnością znasz jakąś fajną Mamę. Pogadaj z nią o tym!

wtorek, 10 października 2017

Dostałam ją wczoraj. Na lekturę przeznaczyłam dzisiejszy wieczór, ale oczywiście mój wewnętrzny niecierpliwiec obudził mnie już w środku nocy. „Machnęłam” całą treść do 3.00 nad ranem. Jak się domyślacie – jest to ta część naszej doby, kiedy trudno o interlokutora. Musiałam więc swoje spostrzeżenia zachować dla siebie. Może to i lepiej, bo przynajmniej przedstawię je Wam na świeżo, nie poddane niczyjej korekcie, nawet tej niezamierzonej ;)

Autorką książki jest pani Izabela Sakutova. Dzisiaj to przede wszystkim bizneswoman, ale zanim założyła firmę dystrybuującą bieliznę – „nabiustnie” doświadczyła niedostatków oferty stanikowej w Polsce i prowadziła swój bra-biznes (internetowy sklep z bielizną) o wdzięcznej nazwie Belissima. Od dłuższego czasu wraz z mężem kieruje firmą So Chic, która jest wyłącznym przedstawicielem na Polskę marek ze stajni Panache, marki Bluebella oraz środka do prania tkanin delikatnych i bielizny - SOAK. Chcąc stworzyć w Polsce (a obecnie również w...Bułgarii, brawo!) świadomy, kobiecy rynek dla „swojej” bielizny - podjęła się kilka lat temu niezwykle ambitnego zadania jakim jest edukacja z zakresu podstaw brafittingu dla swoich klientów. Byli to przede wszystkim właściciele sklepów z bielizną  ale też klienci wspomnianego wcześniej sklepu detalicznego. Rozwijająca się firma, zmieniające się czasy,  podejście do kwestii dopasowania biustonosza środowisk kobiecych oraz oczywiście konkurencja (dzisiaj w Polsce funkcjonuje co najmniej kilku dystrybutorów bielizny brytyjskich marek, a i polskie firmy nie zasypiają gruszek w popiele) spowodowały, że Pani Izabela wraz z mężem postawili też na pozytywne wyróżniki swoich działań, by zbudować obraz swojej firmy jako marki społecznie odpowiedzialnej. Jednym z takich wyróżników było przebycie przez potencjalnych kontrahentów szkolenia brafittingowego w firmie So Chic. Z czasem firma pani Izabeli zaczęła organizować też eventy edukujące (np. Klinika Stanika) w zakresie dopasowania biustonosza (poszerzone później o elementy z zakresu profilaktyki raka piersi, tak jak np. akcja Dotykam=Wygrywam). Do współpracy z markami Panache pani Izabela zaprosiła osoby znane z mediów – aktorki i dziennikarki. Sama obecnie jest coraz bardziej zauważalna w telewizji, biorąc udział w programach śniadaniowych czy innych produkcjach. Z jej inicjatywy odbyła się w ubiegłym roku próba pobicia rekordu Guinessa w samobadaniu piersi.

Jak widzicie – Autorka to niespokojny duch i wciąż stawia przed sobą nowe wyzwania. Stąd pewnie też ta książka, która zdecydowanie jest wizerunkowym umocnieniem jej (wypracowanego przecież przez lata) brafittingowego autorytetu.

Część poradnikowa książki jest najobszerniejsza, wzbogacona o świetne zdjęcia. Pani Iza rozprawia się w niej z głównymi bieliźnianymi mitami i „mądrościami ludowymi” ;) , takimi jak np. „tylko usztywniany stanik do dużych piersi”.

„Brafitting. Lifting piersi bez skalpela” jest pierwszym polskim opracowaniem podstaw brafittingu wydanym w formie książkowej. Do tej pory kobiety mogły skorzystać z tej wiedzy jedynie podczas kobiecych eventów, kiedy pojawiała się jakaś „biuściasta” marka, czytając artykuły w prasie lub oglądając kobiece kanały telewizyjne. Ten poradnik jako pierwszy dotyka tematu metodycznie i bez użycia (niezrozumiałego niekiedy dla niewtajemniczonych osób spoza bra-nży) slangu. W przystępny sposób wyjaśnia - dlaczego w jaki sposób trzeba należy dopasować sobie odpowiedni biustonosz, jak układać biust w miseczkach itp.

Język Autorki jest prosty, nieskomplikowany, przez co łatwo trafia do odbiorcy. Pani Izabela nie używa zdań wielokrotnie złożonych, formułuje czytelne komunikaty. Czasem przytacza przykłady z życia, które są dla czytelniczek wiarygodnym poparciem jej stanowiska.

 Autorytety na które powołuje się pani Iza w książce to osoby, które dzisiaj są zauważalne na polskiej scenie brafittingowej.  Postaci te podzieliłabym na aktywne niekomercyjnie (Katarzyna Kulpa, autorka kultowego stanikowego bloga Stanikomania), patrzące na brafittingowy światek oczyma konsumentki oraz aktywne komercyjne (Katarzyna Sałata, Agnieszka Socha, prowadzące m.in. odpłatne szkolenia dla właścicieli sklepów z bielizną). Chirurg plastyczna dr Karolina Kondej oraz fizjoterapeutka Joanna Tokarska są, jako osoby związane ze środowiskiem medycznym, osobami uwiarygadniającymi poradnik od strony naukowej (przy czym Joanna przedstawiła też swoje propozycje ćwiczeń „na dobry biust”, za co jej chwała!). Wymienione są też (z podaniem dokładnych linków), polskie blogi brafittingowe, które według Autorki warte są uwagi bardziej dociekliwego czytelnika (jednocześnie dziękuję za umieszczenie w tym gronie bloga noszebiustonosze, doprawdy jest mi bardzo miło).

Na tle innych opracowań dotyczących dopasowania biustonosza, dostępnych w gazetach czy w necie, książka pani Izabeli wyróżnia się przede wszystkim świeżym spojrzeniem na anatomię kobiecej piersi. Nie macie pojęcia, jak bardzo się ucieszyłam z rozdziału 6. (Anatomia piersi i biomechanika stanika), w którym Autorka przybliża CO tak naprawdę utrzymuje nasze piersi na odpowiedniej wysokości (mam tu na myśli więzadło potocznie nazywane przez chirurgów plastycznych więzadłem Wuringer). Sama jakiś czas temu na ten temat popełniłam notkę (http://noszebiustonosze.blox.pl/2017/04/Nowe-szaty-cesarza-czyli-biust-w-hamaku.html), ale po tym fakcie X razy odnosiłam wrażenie, że jest ona niczym rzucanie grochem o ścianę, ponieważ wciąż natrafiałam na coraz to nowe publikacje dotykające tematu, a powołujące się na stare brafittingowe tezy. Tak więc odetchnęłam z ulgą. Jest nas teraz co najmniej cztery osoby, które oficjalnie detronizują zdogmaciałe (wybaczcie słowotwórstwo, ale określenie samo mi się jakoś nasunęło) więzadła Coopera. Ja, Joanna Tokarska, Kasica ze Stanikomanii oraz - Izabela Sakutova. Pomna wrześniowej lektury kolejnego artykułu umieszczonego w jednym z czasopism o tematyce zdrowotnej, dotyczącego kobiecego biustu, pisanego ponoć po konsultacji z brafitterką nadmieniam, że jeśli czytacie gdzieś o WIĘZADLE Coopera (w liczbie pojedynczej) odpowiedzialnym za uniesienie naszych piersi – odsuńcie od siebie taką publikację, bo autor mógł znajdować się pod wpływem jakiegoś środka  zmieniającego postrzeganie rzeczywistości, ew. powielanych bezkrytycznie starych założeń, zaś nie - rzetelnej wiedzy brafittingowej. Choć w sumie wolę wierzyć, że ktoś tu kogoś nie zrozumiał lub źle zapisał.

Wracając do książki. Zawiera ona także zarys historii polskiego brafittingu. Autorka przedstawiła ją ciekawie i obrazowo, jednak ja przeczytałam ten fragment książki dwa razy. Czemu? Pomyślałam bowiem, że po prostu ominęłam ważne fragmenty. Na szczęście jednak wzrok mi jeszcze dopisuje, więc najwidoczniej różnimy się z panią Izabelą w tej kwestii lub inaczej ją postrzegamy (co nie jest przecież grzechem, żyjemy wszak w wolnym kraju). Ja jednak, korzystając z okazji, pozwolę sobie dokonać istotnych z mojego punktu widzenia uzupełnień. Uważam bowiem, że białe plamy w jakiejkolwiek historii są, najogólniej rzecz ujmując - niefajne.

Pani Hanna

Gdy oddolny ruch konsumencki oseskował jeszcze na jednym z internetowych forów, w Warszawie przy ulicy Grochowskiej biustonosze dopasowywała pełną parą Pani Hanna Sitkiewicz. „W kręgach” mówi się o niej „słynna Pani Hania”. Zapytajcie swoją brafitterkę o tę osobę, z pewnością otrzymacie kilka ciekawych „powiastek”, ponieważ do dziś ta postać obrosła niemal legendą. Z kronikarskiego obowiązku nadmieniam, że, choć zmieniła adres sklepu - wciąż jest aktywna zawodowo :).

Ewa Michalak

Genialna, absolutnie genialna konstruktorka bielizny! POLSKA konstruktorka. Jakiś czas temu pracowała dla firm bieliźniarskich. Podczas brafittingowego boomu poszła po rozum do głowy i założyła własną firmę. Trzeba oddać Ewie sprawiedliwość – kolokwialnie mówiąc ta kobieta „ma łeb na karku”. Geniusz konstrukcji i świetna biznesmenka w jednym. Obecnie także właścicielka stanikowej marki pod swoim nazwiskiem. Wiele biuściastych pań uważa, że „Effuniaki” to jedyne staniki, które robią z ich biustem to, czego oczekują. Jeśli brafitterka powie Wam, że nie zna Michalakowej – uciekajcie z tego sklepu! Można nie mieć w swoim sklepie biustonoszy Ewy Michalak, można na nich nie pracować, ale NIE MOŻNA nie znać tej postaci i jej dokonań, bo (wybaczcie szczerość) w dzisiejszej dobie, w naszym kraju jest to oznaka totalnej brafittingowej ignorancji.

MaHeDa

Maria Dastych pseudo MaHeDa. Do roku bodajże 2012 najpopularniejsza polska brafitterka. Konsultantka kilku firm bieliźniarskich szyjących biustonosze w szerokiej rozmiarówce, trenerka brafittingowa wielu obecnych dziś na rynku, wciąż świetnie radzących sobie sklepów z bielizną, zapalona stanikowa lobbystka, współpracownica kilku portali kobiecych oraz organizacji non-profit. MaHeDa, wraz 
z Agnieszką Socha, była współzałożycielką pierwszej na świecie Akademii Brafittingu oraz wykładowczynią tamże. To osoba o ogromnej charyźmie i wielkiej kulturze osobistej. Kamera ją uwielbiała, co zauważyli także dystrybutorzy bielizny, angażując ją często do prowadzenia eventów i szkoleń brafittingowych.

Nie są znane mi powody, z jakich MaHeDa dość nieoczekiwanie, znajdując się na wysokim poziomie medialnej popularności, wycofała się z Akademii (Akademia Profesjonalnego Brafittingu została założona czy przekształcona, bo szczegółów sprawy nie znam, przez Agnieszkę dopiero po tym fakcie) i jednocześnie - z bra-nży.

Szkoda. Niemniej uważam, że wkład MaHeDy w rozwój polskiego brafittingu jest tak znaczący, że wprost nie wypada przemilczeć tej postaci, a co za tym idzie – odmówić jej zasług. Jeśli przypadkiem czyta tę notkę - serdecznie ją pozdrawiam i mocno ściskam, gdziekolwiek się teraz znajduje.

No i w zasadzie była to moja jedyna łyżka dziegciu, jeśli chodzi o ten poradnik.

Doceniam za to:

- fakt podkreślenia w nim, że ciało kobiece jest zmienne i że brafitting dziewczynki, młodej kobiety 
i dojrzałej pani to zupełnie klimaty;

- podniesienie kwestii bardzo ważnej roli profilaktyki raka piersi wśród kobiet;

- zauważenie, że biustonosz dobiera się nie tylko do konkretnego biustu, ale też do konkretnej figury (choć nie ukrywam, że w przypadku tego podtytułu liczyłam na typologię figur i przykłady konkretnych biustonoszy do nich pasujących, ale cóż, mam nadzieję, że w kolejnej książce Autorka to nadrobi);

- przyznanie poczesnego miejsca brafittingowi dla amazonek; wciąż jeszcze zbyt mało z nich wie, że istnieją piękne, kolorowe, dobrze uszyte biustonosze dla kobiet z epizodem onkologicznym.

 

Reasumując – książka „Brafitting. Lifting piersi bez skalpela” Izabeli Sakutovej to dobry poradnik wprowadzający kobietę w świat dopasowania biustonosza. Może być on świetnym prezentem dla partnerki, przyjaciółki, siostry, mamy. Jeśli chcielibyście zwrócić uwagę którejś z nich w stronę jej własnego biustu (przecież różnie to w życiu bywa, czasem przydałaby się jakaś dyskretna wskazówka, a nie mamy śmiałości czy okazji, by powiedzieć komuś, że najprawdopodobniej ma kiepski biustonosz,  prawda?) – jest to udane, niedrogie, trafione i szybkie rozwiązanie problemu.

Rekomenduję tę książkę szczególnie w części merytorycznej.

Z serdecznymi pozdrowieniami

- Wasza Renulec (vel, jak niektórzy zapewne stwierdzą - zoil brafittingowy ;)